czwartek, 24 marca 2016

„Noc Sów” z Kołem ornitologiczno-językowym



„Szkoda, że już koniec…”, „Kiedy następna wycieczka?” – mówili moi uczniowie po naszej sowiej wycieczce, ale od razu można by dodać krótki wierszyk, który często powtarzam moim Synkom, gdy kończę czytać bajkę, a oni wcale jeszcze nie chcą spać: „Szkoda, że już koniec – zasyczał zaskroniec, przeczytaj od nowa – zahuczała sowa”. A właśnie o sowach będzie mowa.
Skusiłam się i 8 lutego wysłałam zgłoszenie do Stowarzyszenia Ptaki Polskie na piątą edycję „Nocy Sów”. Już od dawna marzyłam o zorganizowaniu sowiej wycieczki dla mojego koła. Trochę się obawiałam, gdyż taka wycieczka to nie to samo co wyjście w dzień na Bolko, a uczniowie jeszcze mali, więc mogliby bać się nocnej wyprawy, a ja na dodatek wymyśliłam „Noc Sów” na cmentarzu – to dopiero dodaje dreszczyku emocji na sam dźwięk tego słowa. Wycieczka na ptaki to bardzo trudny rodzaj wyjścia – przewodnik nie jest w stanie zagwarantować atrakcji w postaci wymarzonego gatunku, tym bardziej, gdy jest to sowa, ptak aktywny nocą, wrażliwy na zmiany pogody. O moich podróżach na „pewne” gatunki ptaków, które siedziały w "sprawdzonych" miejscach od wielu dni, a których nie zobaczyłam, mogłabym napisać książkę. Po prostu – do obserwacji ptaków trzeba podchodzić z pokorą i pamiętać o niezaprzeczalnym fakcie ich budowy anatomicznej – mają skrzydła…
Dlaczego cmentarz komunalny w Opolu? Wiedziałam, że są tam uszatki. Widziałam je właśnie tam na własne oczy. Było to zatem pierwsze miejsce, o którym pomyślałam. Problem w tym, że obserwowałam tam uszatki w innych okresach – zimą, na zimowisku i późniejszą wiosną, a może nawet już latem, kiedy karmiły swoje młode. „Noc Sów” miała się odbyć w dniach 11-13.03, a zatem jakby pomiędzy tymi okresami czasu. Z pomocą przyszedł Łukasz Berlik, prezes Opolskiego Towarzystwa Przyrodniczego, który w czwartek, przed zaplanowaną piątkową wycieczką, udał się na cmentarz i widział uszatkę. Kamień spadł mi z serca, kiedy szanse na zobaczenie tej sowy znacznie wzrosły.
Niestety, pogoda pokonała pasję, a ja musiałam wykonać prawie 30 telefonów do rodziców moich uczniów z informacją, że przenoszę wycieczkę na poniedziałek 14 marca. Tego dnia nie próżnowałam: miałam przygotowane gadżety dla uczniów, dyplomy za udział w wycieczce i niespodzianki dla rodziców i wybrałam się w teren na rozgrzewkę na stawy w Izbicku/Utracie. Tam, podczas pięknej obserwacji kazarek, spotkaliśmy z Tomkiem Marka Zarankiewicza, który jak tylko się dowiedział o sowiej imprezie, zapowiedział, że wpadnie o 18:00 z całą rodziną. I tak, można by powiedzieć „fresh from the fight”, w ubłoconych butach i z wypiekami na twarzy od wiatru i terenowego chłodu, stawiłam się na miejscu z Tomkiem. Poniedziałek był całkiem inny niż piątek: bezdeszczowy, cieplejszy, pogodniejszy, bardziej wyżowy. Nasz przewodnik – Łukasz był na miejscu, kiedy przyjechaliśmy – poczułam się pewniej.
Powoli zaczęli się zbierać uczniowie i ich rodzice; niektórzy zostali na wyciecze, inni zostawili dzieci, aby je odebrać po wszystkim. Ponieważ zapadał zmierzch, zrezygnowałam z wstępu o sowach i rozdałam tylko dzieciom niespodzianki: plakaty, przypinki i książki. Ruszyliśmy na wieżę widokową, aby zrobić parę zdjęć. Dzięki temu, że był ze mną Tomek, a także Marek, miałam pełną obstawę fotograficzno-filmową, ale ich obecność to było znacznie więcej, dali mi oni dodatkowy komfort psychiczny. Dużo rozmawiałam z dziećmi i rodzicami podczas drogi i słyszałam mnóstwo pozytywnych opinii na temat mojej ptasiej pasji, a także o mnie samej. Wciąż jednak nie mogłam się całkiem zrelaksować – do szczęścia potrzebna mi była SOWA! Bo chociaż opowieści o sowach są piękne i mogą zaciekawić zarówno dzieci jak i dorosłych, nic nie zastąpi tej adrenaliny, jaką daje spotkanie oko w oko z ptakiem.
Właśnie wtedy, kiedy było trzeba, Łukasz ją zauważył – naszą gwiazdę – uszatkę zwyczajną Asio otus. Potem wszystko potoczyło się już bardzo szybko. Musiałam upominać dzieci, które na złamanie karku pędziły w kierunku naszego przewodnika, nie zważając na to, że biegną przez dosyć ruchliwą drogę! Marek rozłożył swój aparat z „dużą lufą”, tak, że dzieci mogły podziwiać sowę z bliska, robiły nawet zdjęcia wyświetlacza na pamiątkę. Daliśmy im też z Tomkiem nasze lornetki, aby jak największa liczba osób mogła zobaczyć ptaka. Uszatka pozowała przez parę minut i odzywała się, a potem jeszcze pięknym, sowim, bezszelestnym lotem poleciała wgłąb cmentarza. Staliśmy jeszcze chwilę, z zachwytem wpatrzeni w niebo i pojawiła się druga – latarki poszły w ruch, serca biły nam mocniej, emocje sięgnęły zenitu, magiczne chwile! Radości obserwatorów nie było końca! Nie minęła nawet jeszcze pierwsza godzina z zaplanowanej 2-godzinnej wycieczki, a mieliśmy już to, co chcieliśmy.
Czy mogło być jeszcze lepiej? TAK! Łukasz pokazał nam jeszcze miejsce, gdzie było pełno wypluwek! Pokazywałam już uczniom podobne na zajęciach, więc wiedzieli czym one są i nie brzydziły się tych pozostałości po sowiej uczcie i zbierały je do domu i dla mnie, wciąż zadając pytania. Myślę, że odpowiedziałam na większość z nich, opowiadając ze wzgórza historie o sowach przeczytane w książkach i przewodnikach oraz zasłyszane od starszych ludzi np. nad Biebrzą.
Mówiłam o wyjątkowości sów, o ich wyglądzie i zwyczajach, a przede wszystkim o tremendum i fascinosum, czyli strachu przed sowami zakrapianej fascynacją tą grupą ptaków. Podałam dzieciom dwa powiedzenia z sowami w roli głównej: „Puszczyk woła w kominie, gdy ktoś ma umrzeć w rodzinie” i „Sowa na dachu kwili, umrzeć komuś po chwili”, które, jak się okazało, bez trudu zapamiętali i opowiadali je swojej wychowawczyni następnego dnia! Sowa, z racji swojego nocnego trybu życia, była utożsamiana ze złem i siłami ciemności. Dla Słowian słowo „sowa” czy „zowa” oznaczało ptaka przyzywającego, a więc związek z zaświatami, sowa stawała się nawet wcieleniem duszy zmarłego. Stąd też zabicie sowy było czymś dobrym, unicestwiało się bowiem służalca piekieł.  Kiedy sowa wlatywała do stodoły, bano się, że umrze gospodarz, gdy uderzała w okno chaty, w której leżał chory, wiedziano, że nie dożyje następnego dnia. Pohukiwanie puchacza miało przypominać śmiech samego diabła, a łacińskie nazwy puszczyka „strix” i puchacza „bubo” oznaczały również „czarownicę, strzygę”, a także demona beboka straszącego dzieci. Pójdźka wołała „pójdź w dołek pod kościołek”, a nazwa płomykówki miała się wziąć od tego, że kradła i zjadała kościelne świece. Ale sowy w wielu kulturach były bardzo pozytywnymi postaciami. W Grecji były ptakami Ateny, w Chinach przynosiły szczęście do domu, w pobliżu którego się znajdowały, w Skandynawii traktowane z czcią i szacunkiem jako posłańcy. Sowy były zwiastunami pogody. Odpędzały burze, a w zależności od tego, kiedy hukały, miała się zmienić pogoda: zimą – miały nadejść mrozy, wiosną przynosiły pogodne dni, a nocą deszcz. Ludowa medycyna korzystała z ciał sów, aby leczyć rozmaite choroby: pióra sów leczyły reumatyzm, popiół ze spalonego ptaka – wrzody, a jaja spożywane na surowo – alkoholizm. To wszystko i jeszcze więcej przekazałam moim uczniom, którzy w zachwycie słuchali tych pięknych historii zakończonych pozytywnym akcentem, że wszystkie sowy są w Polsce pod OCHRONĄ.
Zanim się rozeszliśmy, rozdałam rodzicom uczestniczącym w wycieczce magnesy z Tatrzańskiego Parku Narodowego, które dostałam z okazji 60-lecia istnienia placówki. Wszystko się udało! Tak mogłabym podsumować „Noc Sów” anno domini 2016. Stało się to dzięki pomocy moich drogich kolegów i męża, ale również dzięki pasji i zaangażowaniu dzieci i ich rodziców. Łącznie, w wycieczce wzięły udział 53 osoby.
Mój kolega Michał powiedział mi kiedyś, że jeśli chociaż jedna osoba z mojego kółka będzie miała kiedyś do czynienia z ptakami lub w ogóle z ochroną przyrody, to będzie to mój sukces. Mam nadzieję, że po tej wycieczce, znajdzie się więcej niż jedna osoba!  


 Z tego wzgórza opowiadałam dzieciom legendy o sowach. Fot. Tomasz Tańczuk.

I tylko latarek blask... Fot. Tomasz Tańczuk.



Idziemy... Fot. Tomasz Tańczuk.

https://www.youtube.com/watch?v=aKc6GeKWqxs&feature=youtu.be 


 Z punktu widokowego. Fot. Tomasz Tańczuk.


Nasza gwiazda! Fot. Agnieszka Tańczuk (z wyświetlacza aparatu Marka Zarankiewicza)


Zbieramy wypluwki. Fot. Agnieszka Tańczuk.

sobota, 26 grudnia 2015

Co było, choć nie jest, pisze się do „życiówki”!




             Święta, święta i po świętach. Za parę dni skończy się rok 2015. Czas więc na podsumowania, a jest co podsumowywać. Wkroczyłam w ten rok z 312 gatunkami, zostawiam go za sobą z 319. Dużo? Mało? Dużo!!! Gdy przekroczy się magiczny próg „300”, każdy gatunek jest na wagę złota. Zaczęło się w marcu od pelikana kędzierzawego, a skończyło na początku listopada na bernikli obrożnej i to na naszej opolskiej ziemi! Spełniło się jedno z moich ornitologicznych marzeń – byliśmy po raz pierwszy z Tomkiem na Lubelszczyźnie i tam widzieliśmy „mszarnego” i gadożera! Wspaniały prezent na 10-tą rocznicę ślubu! Złamała się też zła passa, klątwa „branty”, gdyż najrzadsza gąska na Śląsku dołączyła wreszcie do mojej listy.
Stało się to za sprawą Mariana Domagały. O tym, że widział berniklę obrożną na Otmuchowie dowiedziałam się niestety dosyć późno, dawno po fakcie, ale Tomek pocieszał mnie, że i tak ptak był widziany tylko w locie. Czas na gęsi był bardzo dobry, wędrówki, przeloty, a pogoda jak marzenie. Właściwie to wiatr się wzmagał, a nad morzem ostrzeżenia o sztormach i piękna obserwacja burzyka szarego. U nas też wiało, ale za to słońce świeciło i nie było zimno. Marian zostawił nam znaki na ziemi, żebyśmy wiedzieli, z której strony obserwował pokaźne stadko gąsek. Bernikle białolice łatwo jest „wyhaczyć”, ale obrożna to mała gąska. Mieliśmy jednak szczęście, Jest! Piękna! Mała czarna! Maciek, jego dziewczyna Sylwia, Marian i mój Tomek – wszyscy ją widzieliśmy. Udało mi się zrobić zdjęcie stada, co prawda nie ma na nim „branty”, ale są dwie „leukopki”. Wspaniały dzień!






Rok 2015 dał mi 8 nowych gatunków. Pisałam już, że najbardziej cieszę się z puszczyka mszarnego i bernikli obrożnej, ale nie mogłabym zapomnieć o niespodziankach! Największą z nich, o której z pewnością żaden ptasiarz nawet nie pomyślał, była obserwacja pierwszej dla Polski białorzytki saharyjskiej. KOSMOS! Były oczywiście nerwy – czas uciekał, a ona odleciała gdzieś do lasku, ale odnalazła się, poprawiając nam wszystkim humory. Dwa nowe ptaki z mojej „życiówki” obserwowałam w pobliżu Opola: wspomnianą już berniklę obrożną (Otmuchów) i rybitwę popielatą (Nysa), co upewniło mnie w przekonaniu, że nasze województwo naprawdę ma potencjał. Na zaroślówkę, czaplę modronosą i pelikana kędzierzawego też nie musiałam jakoś bardzo daleko jechać – ulga, ale już tak łatwo nie będzie. A jakie plany na 2016 rok? Może być pięknie – został jeszcze ural, który spędza mi sen z powiek już od wielu lat, wydrzyk ostrosterny – wstyd, że nie udało się go do tej pory zobaczyć podczas „seawatchingu”, no i kolejne ornitologiczne marzenie – głuszec. Uciekły mi w tym roku dwa żwirowce, przydałoby się z nimi zmierzyć. Oby pojawiły się tu i ówdzie amerykańskie gatuneczki: markaczka czy świstun. No i oczywiście niespodzianki, których nikt się nie spodziewa.
Zima na razie marna, bez śniegu, z temperaturami koło 10 stopni powyżej zera. A ja wciąż mam przeczucie co do sowy śnieżnej tej zimy. Czyli góry, morze, bardzo chciałabym odwiedzić znowu Biebrzę, tak dawno tam nie byłam, tęsknię. I jeszcze Ujście Warty – dziewicza to dla nas kraina, nieodgadniona, trzeba się tam wybrać. Pożyjemy, zobaczymy… Najpierw dzieci wyleczymy.

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Panta tragoudō! (Wszystko śpiewa)

            Zasłyszana niegdyś opowieść o magicznym ptaku Bulbulezarze nie dawała mi spokoju. Stary bard śpiewał przy zapalonym ognisku, że stworzenie to patrzy na świat oczyma jaskółki, klekocze bocianim dziobem, przecina powietrze skrzydłami pawia, wygina długą łabędzią szyję, a sępimi pazurami rozrywa swą ofiarę na strzępy. Nikt tak naprawdę nie wiedział z ilu ptasich części się składa. Niektórzy wymieniali zaledwie kilka, inni, tak jak zwycięzcy poprzedniego turnieju – rycerze FZ 666 uważają, że jest ich co najmniej 160. Podobno słyszeli oni świst jego skrzydeł i widzieli cień Bulbulezara nad głowami.
            Każdego roku, w królestwie Polan odbywa się turniej. Jest to wielka wyprawa, nie mniej ważna od słynnych Wypraw Krzyżowych. Wielu rycerzy bierze w niej udział, w tym roku aż 141, zgrupowanych w 31 zastępach. Celem turnieju jest odnalezienie Bulbulezara, albo raczej wszystkich jego części. Nikt jeszcze nie odkrył tej tajemnicy do końca, nikt nie wie czy Bulbulezar naprawdę istnieje, czy można odnaleźć dusze ptaków, ale z pewnością warto próbować. Ci, którzy próbowali, zawsze wracali uradowani, jakby napili się ze zdroju życia. Albowiem kontakt, choćby z jedną częścią tego wyjątkowego, pierwotnego ptaka to cud, a on sam jest obok dębu samograja i strugi złotosmugi, jednym z trzech dziwów świata.
            Turniej zawsze rozpoczyna się o północy i kończy się o godzinie duchów, jednak każdy zastęp rycerski może się włączyć do wyprawy o dowolnej porze. Nasze bractwo Aves Polonica (BIRDING POLAND) rozpoczęło przed świtem o 3:30. Wyjeżdżając spod naszego pałacu, ja AGNesia D’Arc (AGNIESZKA TAŃCZUK) i rycerz ThOMas the Great (TOMEK TAŃCZUK) usłyszeliśmy śpiew Luscinii (SŁOWIK RDZAWY) – tylko ona o tej porze dawał znak rozpoczęcia turnieju, niczym kogut zwiastujący nowy dzień. Szybko zebraliśmy naszych rycerzy ZAWiszę Brodatego zwanego Miszczem (MICHAŁ ZAWADZKI), KOWALa Podbipiętę (MACIEK KOWALSKI), niecierpliwi i chętni do walki. Książęta nocy kończyli właśnie swą pieśń w Księstwie Opolan – Aluco i Otus dołączyły do naszej listy jeszcze przed brzaskiem.
            Od tamtej pory Bastion Tkany z Polnych Traw (tytuł piosenki Elżbiety Flisak o Wyspie Bolko) rozśpiewał się na dobre. Orkiestra dźwięków pulsowała w uszach naszych niczym krew w żyłach na polu walki. Z trudem nadążyć mogłam z notowaniem nowych gatunków ptaków. Czyżbyśmy byli blisko ujrzenia Bulbulezara? Ależ skąd, to dopiero początek, jednak każda ptasia dusza od modraszki po rokitniczkę, od zięby po muchołówkę szarą i od rudzika po świstunkę leśną, sprawiała nieopisaną radość, dawała nam moc. Torquata canorus gallinula philomelos pilaris atricapilla oriolus... To brzmiało jak modlitwa, jak magiczne zaklęcie, które powtarzane w głowie zwiększało nasze szanse powodzenia. W każdym z miejsc, które odwiedziliśmy dotknęliśmy strefy sacrum, poczuliśmy oddech Bulbulezara.
            Tego dnia, nasz wierzchowiec Ignar (SUZUKI IGNIS) zabrał nas w podróż liczącą 320 kilometrów od Bastionu Bolko, poprzez Malinowy Chruśniak (MALINKA) Chronstau Land (ŁĄKI CHRZĄSTOWICKIE), Księstwo Turawskie (TURAWA), dwie Krainy Lasów i Stawów (BORY STOBRAWSKO-TURAWSKIE i NIEMODLIŃSKIE) oraz Nyssańskie Rubieże (ZBIORNIK NYSKI).
Żal nam było opuszczać rozśpiewane Bolko, ale słońce było już wysoko na niebie. Spotkaliśmy tam Poszukiwaczy Zaginionej Alki, bractwo z naszych stron, którzy pilnie wypatrywali każdej ptasiej duszy. Spróbowaliśmy użyć na nich czaru otępienia zmysłów, żeby mniej widzieli i mniej słyszeli. Wymieniliśmy uściski dłoni i spojrzenia pełne pasji i ruszyliśmy dalej na spotkanie jednego z naszych najwspanialszych odkryć tego dnia – dumnego Peregrinusa . To on życzył nam powodzenia z niebieskiego sklepienia.
W Malinowym Chruśniaku byliśmy tylko przejazdem, nie opuszczając naszego rumaka obserwowaliśmy okolicę w poszukiwaniu czubatej śmieciuszki, tylko w obrębie Królestwa Opolan mieliśmy szansę ją ujrzeć. Zaraz po tym, jak minęła magiczna cyfra 6, usłyszeliśmy jej kuzyna skowronka i prawie co nie wjechaliśmy w cristatę! Słońce rozbłysło i rozpoczął się kolejny etap naszej wędrówki.   
Od prawie sześciu lat, Łąki Chrząstowickie są naszym domem. Poznaliśmy każdy zakamarek tej pięknej ziemi i oczekiwaliśmy na przylot najbardziej wyczekanych gatunków: strumieniówek, derkaczy, gąsiorków, jarzębatek. Wszystkie te ptaki były nam teraz bardzo potrzebne, a Thomas i ja mieliśmy szansę pokazać towarzyszom nasze włości. Chronstau nie zawiodło nas: na podmokłych łąkach widzieliśmy kszyka, a także dwa świergotki: Pratensis i Trivialis – bracia bliźniacy o głosach jak dzwon. Pliszka górska była na swoim stanowisku, tak jak przypuszczaliśmy, jednak derkacza musieliśmy wezwać naszym magicznym grzebieniem z zębu smoka. Zgłodnieliśmy i postanowiliśmy odwiedzić karczmę Pod Orłem (STACJA PALIW ORLEN). Jednak misja była ważniejsza, czekał nas jeszcze niepozorny i dlatego tak zaskakujący przystanek. Dopiero tu ujrzeliśmy dzwońca, siniaka i remiza, ale najwięcej emocji dostarczył nam oczywiście drapieżnik – Pygargus, widziany jak wcześniejszy sokół na dużej wysokości. Pokazał nam on, gdzie mamy się udać dalej – do miejscowości turów (TURAWA). Po drodze czekały nas jeszcze inne niespodzianki: dudek i jarzębatka.
Krótki przystanek na leśnych ostępach między Niwkami a Turawą i dotarliśmy do krainy wodą płynącej, jednak w tym roku wyjątkowo suchej. Siewkowych ptaków prawie nie było, ale miejsce te uzupełniło naszą kronikę o nowe 32 gatunki: 3 rybitwy, kaczki, ptaki wodne.  Jedynym drapieżcą był tu orłan, majestatycznie siedzący na drzewie.
Coraz bardziej zbliżaliśmy się do pierwszej z dwóch bliźniaczych Krain Lasów i Stawów: Stobern (STOBRAWA). Zaczęła ogarniać mnie senność i zmęczenie, gdy kroczyłam w migoczącym świetle słońca między drzewami. Nasze zmysły nie były jednak uśpione. W parku, gdzie wznosiły się pradawne ruiny, szukaliśmy dzięciołów, których wciąż nam brakowało. Pojawiła się sikora uboga.
Trafiliśmy na piękny staw, leżący tuż przy naszym gościńcu. Obecność strażników nieco nas odstraszyła, ale po wypowiedzeniu hasła, pozwolili nam wejść na jego teren. Tuż nad taflą wody przeleciał błękitny ptak (ZIMORODEK), nie tylko piękny, filigranowy, niczym strzała wypuszczona z lodowego łuku, ale również nasz numer 127. Oznaczało to, że udało nam się pobić rekord zeszłorocznego turnieju! Wjechaliśmy na teren przodków Thomasa, dobrze znany również przeze mnie. Z tymi terenami mamy wiele miłych wspomnień, niczym z bajkowego romansu. Koło stadniny koni ujrzeliśmy raniuszka, potem jeszcze żuraw, srokosz i kolejny gołąb tego dnia: turkawka, a na stawach bocian czarny i perkoz rdzawoszyi.
Wjechaliśmy w bramę z przepastnych łąk otoczonych gęstymi borami. Naszym strategicznym punktem do obserwacji stał się niewielki most. Malutki gągoł zmagał się z prądem rzeki. Przypominał trochę nas, wciąż idących pod prąd, chcących coś udowodnić sobie i innym. Z pokaźnym już spisem (134), mogliśmy się już tylko zadowolić ptakiem drapieżnym. Na niebie co jakiś czas pojawiał się ptak: czapla, żuraw, myszołów, w końcu mignęło coś daleko na horyzoncie, czyżby milvus? Ruda, a może czarna? Niestety nie do oznaczenia ze względu na zbyt dużą odległość, to nasza największa porażka i ból tego dnia. Jednak to miejsce miało w sobie jeszcze wiele do odkrycia. Gdy je opuszczaliśmy, ujrzałam wysoko na niebie majestatycznego drapieżcę. To mógł być tylko on: Clanga pomarina, król  przestworzy, niczym Gwaihir z tolkienowskiego Śródziemia. Jeszcze emocje nasze nie zdążyły opaść, kiedy do samotnego ptaka dołączyły jeszcze dwa, zwierając się w podniebnym tańcu namiętności i przetrwania.
Kolejny etap naszej wędrówki rozpoczął się ponownie lasem – wreszcie udało nam się zlokalizować największego  z dzięciołów – czarnego. Byliśmy również świadkami bardzo udanego polowania, kiedy tropiąc pokrzywnicę, z młodnika tuż przed nami wyleciał krogulec ze zdobyczą – samica kosa. Zrozpaczony samiec gonił go przez chwilę, kiedy zniknęli nam z oczu.
Kraina Dzięcioła i Kani nie przyniosła nam upragnionych gatunków, ale niespodziewanie moje sokole oko wypatrzyło pszczołojada, którego przeganiała wrona. Kolejna bitwa wygrana, coraz bliżej kontaktu z transcendentnym pięknem. Na urokliwej polanie, zrobiliśmy sobie krótki odpoczynek, grzejąc się w słońcu i planując dalszą podroż. Niepozorny stawek, wyrobisko i właśnie tam Zawisza spisał się na medal. Dzięki jego wcześniejszej penetracji terenu, udało nam się zobaczyć mewę czarnogłową, a przy okazji również brzegówki.
Zbiornik Turawski dał nam dużą przewagę nad konkurentami, po cichu liczyliśmy na to, że Zbiornik Nyski przypieczętuje nasze miejsce w ścisłym finale turnieju. Chociaż nie było ohara i obiecanych siewkusów, zaśpiewały dla nas dwie trzcinnowe piękności Luscinia svecica i Locustella luscinioides, największą jednak niespodzianką był Gavia Arctic wypatrzony przez mojego męża, którego głos przywodzi na myśl syrenie głosy na środku zakazanych wód. Cóż za strzał, cóż na szczęście!
Słońce już chyliło się ku zachodowi i przyszedł moment krytyczny, który na małą chwilę podzielił naszą drużynę. Dokąd się udać, aby zdobyć jeszcze kilka gatunków. PG czy Falkenberg? Sowy czy chruściele i niespodzianka? Czas działał na naszą niekorzyść, piasek w naszej klepsydrze już prawie się przesypał, zostały nam ostatnie godziny – wybraliśmy więc Bory Niemodlińskie i chociaż słonka nie chciała nad nami ciągnąć, a lelek nie dał się wydeptać, usłyszeliśmy głos wodnika, a na koniec jakże pięknego dnia przeleciał nad nami… Nycticorax. Tego gatunku nie spodziewaliśmy się tu spotkać – nasz numer 150! Niczym pterodaktyl z zapomnianej ery świata, wydał z siebie głos. Dotknęliśmy absolutu, doświadczyliśmy cudu, odnaleźliśmy Bulbulezara...