poniedziałek, 13 lipca 2015
sobota, 11 lipca 2015
Dola ptasiarza
Ptaki mają skrzydła… To niezaprzeczalny fakt, który sprawia, że są wyjątkowe. Dla ptasiarzy skrzydła ptasie są błogosławieństwem i przekleństwem zarazem. Nie ma dwóch identycznych obserwacji, nawet tego samego gatunku, każdy dzień jest inny, ciągle niespodzianki. Problem w tym, że ptaki nie lubią czekania, są mniej lub bardziej płochliwe, a na przelotach spieszą się. My ptasiarze, musimy być jeszcze szybsi, żeby zdążyć je zobaczyć.
Są takie gatunki, które wręcz „czekają” na obserwatorów, jak choćby przyjazny pasterz z przydomowego podwórka czy goczałkowicki nur białodzioby, ale są i takie, które pojawiają się tylko na chwilę, by lecieć dalej. Ostatnie kilka miesięcy pokazało mi, że „tłiczing” to sport, który dostarcza tyle adrenaliny jego uczestnikom, co skoki na bungee. Niepewność zaczyna się od PGL-a, który niemal zawsze przychodzi nie w tym momencie, co trzeba. Powstaje wtedy dylemat, jak urwać się z pracy, z kim zostawić dzieci itp., ale to nie wszystko. Załóżmy, że jest decyzja, wsiadamy do samochodu, jedziemy. Czasem kilkadziesiąt kilometrów, ale zazwyczaj nawet kilkaset. Najczęstszą porą jest noc, żeby być przed świtem, kiedy ptaki są najbardziej aktywne, ale niemal zawsze zjawi się w tym miejscu ktoś wcześniej, kto ma bliżej, kto może być szybciej.
A teraz trochę statystyk: na cztery gatunki, na które mieliśmy w tym roku wielką ochotę, udało nam się na razie „stłiczować” trzy. Na jednym byliśmy nawet dwa razy, niestety bezskutecznie (żwirowiec łąkowy). Wszystkie trzy zaliczone gatunki uciekły nam (całe szczęście tylko na chwilę) w momencie, gdy przyjechaliśmy. Ale to tylko liczby. Pod tym wszystkim kryją się godziny rozmów ze znajomymi, kilometry przejechanych pięknych polskich krajobrazów i setki zobaczonych ptaków.
Pierwszym nowym gatunkiem, który zobaczyłam w tym roku był pelikan kędzierzawy. Po wpadce z „małym”, z tym ptakiem obchodziliśmy się ostrożnie. Nawet 1 kwietnia poszło „info”, że jest to uciekinier z niemieckiego zoo. Prima Aprilis?! Póki co, był to też Międzynarodowy Dzień Ptaków i tego się trzymam. Taki gatunek rzeczywiście w Polsce wygląda kosmicznie, ale świat ptaków jest nieodgadniony, nieprzewidywalny, nigdy nie wiadomo co się trafi, wciąż przecież pojawiają się „jedynki” dla Polski, jak ogródkowa znajoma Pani Teresy – białorzytka saharyjska.
Wiele perturbacji, żeby w ogóle wyjechać i to w środku tygodnia oraz napięty czas to standard w tym „biznesie”. Najgorzej jest chyba spóźnić się o kilka chwil. Ptasiarze są niczym wojownicy, Wikingowie, którzy raczej zginą na polu walki-obserwacji niż odpuszczą. Czekaliśmy więc, godzinę, dwie, nadzieja wisiała na włosku, kiedy oglądaliśmy pawie spacerujące po podwórku w środku lasu. Przyleciała, czarna pustynna piękność – zamarliśmy, serce zabiło nam mocniej, wstrzymany oddech i wybałuszone ślepia. Latała z niezwykłą lekkością niczym pustynny piach w środku bezwietrznego dnia, a jej kontrastowe barwy miały podpowiadać, że jest piaskiem pustyni na dnia i w nocy. Wtedy dopiero mogliśmy zrobić zasłużoną „grupówkę”, już drugą tego dnia – z poprzednią, zwycięską ekipą i z naszą, która również z tarczą powróciła cała, zdrowa i bogata o nowe doświadczenia.
Ptaki są jak chorągiewki na wietrze, lecą jak wiatr zawieje, przynosząc ptasiarzom raz radość, to znów smutek i rozczarowanie. Każdy ma taki gatunek na swojej liście, na którym najbardziej mu zależy, za którym mógłby jeździć wielokrotnie, nawet w to samo miejsce, byleby tylko go zobaczyć. Dla nas takimi ptakami były (i wciąż są) żwirowce. Nie wahaliśmy się więc, kiedy dostaliśmy informację o obserwacji żwirowca łąkowego na Stawach w Spytkowicach. Jak zwykle ograniczał nas czas, moja praca, zorganizowanie opieki nad dziećmi, czyli nasz życiowy kawałek chleba, ale wyrwaliśmy się po południu zgarniając Zawę i Adasia Kuźnię. Jednak znowu ujawniła się dola ptasiarza, kiedy ruszyliśmy w drogę, dowiedzieliśmy się, że ptak odleciał. Byliśmy jeszcze blisko, dopiero w Strzelcach Opolskich. Pozostało zatem pytanie, czy jechać mimo to, a nuż przyleci, czy zawrócić i nie tracić czasu. W takich sytuacjach, ja zawsze jestem za tym, żeby ryzykować i jechać. Chociaż może nie wszyscy się ze mną zgodzą, ale kiedy już wyruszam na wyprawę po załatwieniu miliona koniecznych i często skomplikowanych spraw, myślę przede wszystkim o tym, żeby jechać i obserwować, a nie tylko o tym, że mogę nie zaliczyć. Kiedy uda mi się już wygrać małą życiową bitwę z codziennością, nie muszę się już martwić, kiedy przegram wojnę z ptakiem moich marzeń. Ryzyko w naszym „zawodzie” jest zawsze, a przecież spędzić czas z przyjaciółmi, którzy podzielają twoje nadzieje i pasję, jest zawsze warto. Niestety zostałam przegłosowana i żeby nie tracić dnia i nie rozjeżdżać się jeszcze do domu (jakbyśmy podświadomie przypuszczali, że coś jeszcze na nas czeka), pojechaliśmy na stawy w Izbicku i wtedy dostaliśmy „info”, że ptak wrócił. Zdenerwowani, nie traciliśmy już ani chwili, droga jednak była długa i dłużyła się niemiłosiernie. Stało się… Zabrakło nam kilkunastu minut. Gdy dotarliśmy na miejsce, ptaka już nie było. Szukaliśmy, czekaliśmy, konsultowaliśmy się z tymi, którzy widzieli żwirowca po raz ostatni. Niestety – dola ptasiarza. Pocieszył nam pięknie pozujący bączek i mnogość ślepowronów, nie tak pospolitych u nas jak tu na Spytkowicach.
Żwirowiec łąkowy gdzieś się czaił i zwabił nas w to samo miejsce po kilku dniach. Tym razem byliśmy z samego rana na miejscu. Przed nami był tam już Adaś Kuźnia, ale chociaż przed zapadnięciem zmroku dzień wcześniej ptak miał zostać na miejscu, rano już go nie było. Ponieważ to była sobota i mieliśmy wolny dzień, nie zamierzaliśmy się tak szybko poddać. Postanowiliśmy sobie dać jeszcze kilka godzin, które przerodziły się w cały dzień: setki rozmów z ludźmi, którzy wciąż przybywali do Spytkowic. Adam Flis, Michał Baran, Państwo Łozińscy, to tylko kilka osób, które z żywą nadzieją wypatrywały ptaka. Starałam się nadal cieszyć pozostałą częścią otaczającej mnie awifauny: ślepowronami, bączkami, gąsiorkami. Udało mi się nawet zrobić „zdjęcie życia” ślepowrona, a także zobaczyć pierwszy raz w życiu tchórza. I z takich właśnie szczególików trzeba się cieszyć i iść za dewizą Mariana Domagały, że jeszcze kiedyś się trafi. Bo taka jest dola ptasiarza.
wtorek, 31 marca 2015
Krótkie studium o występowaniu tomptaków (Tomculosus) na Opolszczyźnie
Czy ktoś z szanownych ornitologów, podczas licznych wypraw, zobaczył coś na drzewie, krzewie, coś pływającego na akwenie wodnym, a kiedy podniósł lornetkę do oczu, myśląc, że to ptak, gorzko się zawiódł? Jeśli tak, to znaczy, że widzieliście jednego z kilku gatunków tomptaków żyjących w Polsce.
Tomptaki to bardzo liczna, do tej pory niepoznana, grupa ptaków. Niewiele o nich wiadomo, choć były obserwowane przez wielu we wszystkich zakątkach świata. Ich polska nazwa (naukowcy zagraniczni nie podali jeszcze jednolitej nazwy tych stworzeń w innych językach) pochodzi od pierwszego odkrywcy, a zarazem od pierwszego badacza, który widział ich najwięcej w swoim życiu – Tomasza Tańczuka. Nazwę po raz pierwszy podała żona ornitologa – Agnieszka Tańczuk, podczas jednej z wypraw badawczych, prowadzonych na terenie Opolszczyzny, w styczniu 2015 roku, w towarzystwie innego słynnego ornitologa Michała Zawadzkiego. Badacz jednak nie podjął się dokładniej systematyzacji tych organizmów, wszelkie jednak uwagi, przemyślenia oraz wieloletnie obserwacje przekazał swojej żonie i to właśnie mnie przypadło zająć się tą jakże ciekawą grupą stworzeń.
Nie wiadomo, czy tomptaki należą do kręgowców, gdyż sam fakt bycia tomptakiem nie zachęcał badaczy do poszukiwania namacalnego dowodu ich przynależności. Pewne jest, iż tomptaki są nielotami. Właściwie to nikt nie widział, w jaki sposób się poruszają. Kiedy je widzimy, po prostu są. Możliwe, że znalazły jakiś tunel w czasoprzestrzeni albo portal, trudno to jednak jednoznacznie stwierdzić. Wiadomo jednak, że będą się pojawiać, dopóki będą obserwatorzy ptaków.
Najwięcej obserwacji tomptaków zarejestrowano w zimie, gdyż wtedy właśnie najłatwiej je można zaobserwować. Sprzyjają temu odkryte powierzchnie pól i łąk oraz pozbawione liści drzewa oraz krzewy.
Można wyróżnić kilka rodzajów tomptaków: drzewiaki (Tomculosus dendrae), tomptaki polne (Tomculosus agricaria), zwane również łąkowymi oraz tomptaki wodne (Tomculosus aqua). Wśród drzewiaków czy też tomptaków drzewnych wyróżniamy następujące gatunki: liściak (Tomculosus folium) oraz nowy gatunek druciak czy też, według nowego nazewnictwa, drutnik (Tomculosus electricus) (M. Zawadzki et. al.), które najprawdopodobniej należą do rodziny drzewiaków, ze względu na podobną budowę i zachowanie, choć rzadko występują stadnie. Tomptaki wodne są reprezentowane przez najbardziej znanego z tej grupy tomptaka stawowego (Tomculosus aeruginosus) zwanego stawarkiem, tomptaka rzecznego (Tomculosus hirundo) i tomptaka morskiego (Tomculosus maritima). Trwają dyskusje nad całkiem nową grupą tomptaków tzw. tomptaków ptasich. Naukowcy z Opolskiej Grupy Ornitologicznej spierają się, czy tomptaki ptasie powinny być oddzielną grupą czy tylko podgatunkiem drutników. Są to tomptaki, które swoim kształtem najbardziej przypominają prawdziwe ptaki, ale w rzeczywistości są ptasimi makietami. Ponieważ są one umieszczane zazwyczaj na słupach wysokiego napięcia, naukowcy zastanawiają się, czy nie powinny zostać zaklasyfikowane jako podgatunek drutnika (Tomculosus electricus aves). Podczas Pierwszego Ogólnopolskiego Sypozjum O Tomptaków (POSOT), która odbędzie się w marcu 2015 roku, z pewnością zostanie poruszona również i ta kwestia.
Tomptaki rzadko tworzą stada. Właściwie jedynymi gatunkami, które często można zaobserwować w większych grupach są liściaki i tomptaki krzewne. Jedynym zanotowanym jak dotąd przypadkiem występowania liczniejszej grupy i to dosyć sporej, liczącej kilka tysięcy tomptaków stawowych jest obserwacja ze stycznia 2015 ze Zbiornika Turawskiego (A. T. Tańczuk, M. Zawadzki).
Tomptaki nie rozmnażają się, ale można być pewnym, że kolejnej zimy znów je zobaczymy. Powstało od nich, choć niewiele osób o tym wie, znane powiedzenie „pojawiam się i znikam”. Nie zaobserwowano jak dotąd momentu kopulacji, składania jaj ani stadiów pośrednich i młodocianych. Nie wiemy również nic, na temat ich nawyków żywieniowych. Nie wiadomo, jak to się dzieje, że co roku obserwowane są przez obserwatorów na całym świecie. Istnieje hipoteza, że liściaki, które tworząc stada, rozmnażają się poprzez swoją bliską obecność na drzewach i krzewach, możliwe, że ta grupa tomptaków jest wiatropylna lub wiatrosiewna, podobnie jak pewne gatunki roślin.
Wielkość tomptaków waha się w zależności od gatunków ptaków, z którymi są mylone. Tomptaki wodne najczęściej są mylone z ptakami unoszącymi się na powierzchni wody: mewami, kaczkami, gęsiami itp. (obserwacja rzekomej kazarki rdzawej ze Zbiornika Turawskiego z 2009 roku: A. T. Tańczuk, M. Kowalski, M. Zawadzki). Drutnikami najczęściej zostają sokoły i myszołowy, jak kilka styczniowych obserwacji na Płaskowyżu Głubczyckim (A. T. Tańczuk, M. Zawadzki). Liściaki to przede wszystkim ptaki wróblowate, ale mogą nimi zostać również ptaki drapieżne. Tomptaki polne to najbardziej zróżnicowana grupa i właściwie każdy gatunek ptaka może się w niej znaleźć, w zależności od bystrego oka obserwatora i serca pełnego nadziei na rzadkości i gatunki komisyjne.
Podsumowując, tomptaki to najbardziej tajemnicza grupa stworzeń, choć nie są one z pewnością jedynie wytworem ludzkiej wyobraźni. Ich obecność świadczy o wzmożonym zainteresowaniu ptakami i ornitologią w ogóle. Ich zwyczaje i przystosowanie do życia mogą zostać jedynie poznane przy bliższym kontakcie. Wydaje się to jednak niemożliwe, gdyż tomptak staje się tomptakiem tylko z dużej odległości. Przyrządy optyczne jak lornetka czy luneta, godzą w samą istotę tomptaka, czyniąc go zaledwie liściem, kołkiem czy fragmentem oprzyrządowania linii wysokiego napięcia. A zatem jak efektywnie chronić tomptaki? Korzystajmy tylko z naszego sokolego wzroku!
poniedziałek, 24 listopada 2014
A może nad morze? (8-10.11.2014)
Szczury lądowe zbudźcie się,
Sól, co nam w żyłach płynie,
Wzywa nad morze, czemu nie?
Słuch o nas nie zaginie.
Niech Moby Dick ukaże się,
Lecz w ptasiej dziś postaci,
By z tarczą wrócić, to się wie,
Ku chwale sióstr i braci!
Seawatching na Wyspie
Sobieszewskiej
Znajdziemy wyspy jasny garb,
Gdzie ptactwo chętnie siada,
Tam czai się skrzydlaty skarb,
Do lunet, więc, brygada!
Nastał długo oczekiwany
listopadowy długi weekend, tym dłuższy dla nas, gdyż do końca nie wiedzieliśmy
czy nasz wypad dojdzie do skutku. Moja unieruchomiona noga (gips!), chore
dzieci i odwieczne pytanie, czy będzie miał kto z nimi zostać, to nasza
codzienność. Ale udało się – ekipa zebrana już od jakiegoś czasu, na kilka dni
przed wyjazdem doszedł jeszcze Paweł Kołodziejczyk i to jego pojazdem mieliśmy się
udać do miejsca docelowego – Bałtyk. Po drodze jeszcze Maciek Kowalski – Opole
i Adaś Kuźnia – Wrocław, a potem już „dwójka i krajem”, jak to zwykła mówić
moja świętej pamięci Babcia. Po drodze zmęczenie dało się we znaki, więc droga
zleciała szybko.
Przywitał nas rześki poranek i
przemiła Pani, która obdarzyła mnie na wstępie komplementem dotyczącym mojej
urody. Szkoda było czasu, przebraliśmy się więc w ciepłe ubrania, jak to na
jesienny „seawatching” przystało i ruszyliśmy na plażę Wyspy Sobieszewskiej.
Jeszcze przy naszej kwaterze usłyszeliśmy jemiołuszkę, a na plaży przywitały
nas lodówki. Nie opuszczały nas ani na krok te nieodzowne towarzyszki naszej
wyprawy. Pierwszego dnia nie oszczędzaliśmy się i „czesaliśmy” do oporu z dwóch
miejsc wyspy. Opłaciło się: oprócz perkozów rogatych, uhli, edredonów i szlacharów
(wymieniłam je jednym tchem, chociaż na śródlądziu to nie lada gratka), Tomek
zauważył sokoła wędrownego, a Adasiowi udało się wypatrzeć dwie „rissy”! Potem
było jeszcze ciekawiej – zaczęły pojawiać się wydrzyki i wreszcie mogłam
spojrzeć w lunetę (do tej pory chłopcy opanowali każdy kawałek szkła – mi
została lornetka). Teraz jednak, kiedy Tomek zajął się dokumentacją
fotograficzną, ja trzymałam wydrzyki tęposterne w lunecie. Słońce szybko, bo
już po 15 zaczęło chylić się ku zachodowi i widoczność spadała z minuty na
minutę. Temperatura również leciała na łeb na szyję i zaczęłam odczuwać chłód,
trzeba było się rozgrzewać skacząc w miejscu i ciepło do siebie mówić – jak
zawsze oczywiście. Do chłodu doszedł jeszcze głód – a jak wiadomo, po dobrym
czesaniu, Agnieszka jest bardzo głodna. Niestety tym razem sobie nie pojadłam.
Nad morzem trzeba zjeść rybę, szkoda tylko, że była w ogóle niedoprawiona. Co
prawda, piwem grzanym można było się ogrzać (a właściwie poparzyć sobie język),
ale ono też było zupełnie bez smaku, zero przypraw, ani krzty miodu, porażka.
Nic jednak nie było w stanie
zepsuć tego dnia, a jeszcze przed nami wieczór. Nic tak nie krzepi po wspólnych
obserwacjach jak wspólne rozmowy przy zacnym trunku. Przywieźliśmy z Tomkiem od
nas z domu aroniówkę domowej roboty. Do tego jeszcze coś na drugą nóżkę i
odpłynęłam – myślami byłam już na jutrzejszym rejsie…
"Selfie" na Sobieszewie.
Chłopaki w akcji.
Czeszemy...
Foki!!!
Ze sprzętem...
Rissa!!!
Rejs w sinej mgle
I chociaż mgły wełniany szal,
Słoneczny blask spowije,
I tak Turbotem ruszym w dal,
Po to z nas każdy żyje!
Wstaliśmy
rano bez żadnych problemów, pełni nadziei na kolejną przygodę – tym razem na
pełnym morzu. Prognozy jednak nie były najlepsze, widok z okna zwiastował
kłopoty. Mgła, ciężka, gęsta, lepka i wilgotna komplikowała nam plany.
Zastanawialiśmy się, czy nie zrezygnować albo nie przesunąć terminu rejsu.
Pojechaliśmy na przystań, żeby porozmawiać z Szymonem Bzomą, naszym kapitanem.
On jednak, podobnie z resztą jak inni obserwatorzy obecni już na pokładzie
Turbota, wierzyli, że mgła opadnie, za dwie godziny, może cztery, ale zrobi to
na pewno, prędzej czy później, że nie będzie to dzień stracony.
Wsiadamy
więc. Nasz kierowca – Paweł, nie płynie z nami, idzie szukać ciekawych
wróblaków, a więc ślemy mu buziaki na pożegnanie i w drogę. Na pokładzie czeka
już na nas gorąca kawa i czekoladowe „Michałki” – ewidentnie, przysmak Maćka
Kowalskiego, nie jest tak zimno jak się spodziewałam, że będzie, tafla wody
spokojna, łódź się nie chwieje, płyniemy w morze mgły, aż w pewnym momencie nie
widać już nawet portu i to nie dlatego, że jesteśmy już na szerokim morzu, ale
mgła przesłania wszystko. Tarcza słońca nieśmiało zagląda zza chmur i mgły,
można patrzeć na nią nie martwiąc się, że światło słoneczne nas oślepi. Z
Adasiem przyglądamy się plamom na słońcu, gdyż póki co, niczego więcej nie
widać. W głuchej ciszy, wyłania się jakiś głos – to tylko pies, a więc jeszcze
jesteśmy blisko brzegu. Czas płynie wolno, jak tumany mgły wokół nas, szukamy
najmniejszego ruchu – perkoz dwuczuby, lodówki, nury czarnoszyje i rdzawoszyje.
Foki wystawiają swoje ciekawskie główki lekko ponad taflę wody. Poruszenie
wzbudza wróblaczek lecący nad statkiem. Śnieguła?! Nie – zięba, ale to przynajmniej
jakieś życie w tej upiornej bieli. Potem jeszcze wydrzyk tęposterny i długo,
długo nic…
Temperatura
spada, ukrywam się pod pokładem i wcinam kanapki z pasztetem, popijając ciepłą
herbatą z termosu. Czas mija na rozmowie o ciekawostkach z terenu, obserwacjach
na naszym poczciwym śródlądziu. My – szczury lądowe, czekamy na cud. Mgła co
jakiś czas wydaje się przerzedzać, nawet słońce śmielej przebija się przez
uporczywą watę, bynajmniej nie cukrową. Nie tracimy nadziei, Szymon Bzoma, nasz
kapitan, nasz gospodarz, częstuje pysznymi pierogami z mięsem i ogóreczkami.
Rozkosz dla podniebienia, trzeba jeszcze wziąć dokładkę – bijemy się o kolejne
pierogi te z mięsem i ruskie. Ktoś zauważa meduzy, chełbie modre, niemal
ocierające się o statek.
Ostatnie
90 minut rejsu i mgła odchodzi w niepamięć. Widzimy edki, leci alka, nie - to
nurzyk! Nowy gatunek dla mnie i Tomka. Wow! Zaczyna się coś dziać. Teraz może
być już tylko lepiej. Są – nasze wymarzone alki. Szymon podpływa do nich, na co
czekają spragnione dokumentacji, a raczej –fotki życia, obserwatorzy-fotografowie.
Obiektywy szczerzą kły – nawet mi udaje się zrobić parę ujęć. Są piękne – ten kontrast
czerni i bieli, idealne. Edki, coraz więcej edków i z daleka wyłania się ląd –
Westerplatte – kawał historii, również i naszej, osobistej. Port w Gdańsku robi
wrażenie, statki z różnych stron świata i Furkan, statek, który wszystkich
doprowadził do gromkiego śmiechu. Czy to za „sfocenie” tego „gatunku”, Szymon
obiecuje nagrodę. „Musi być w locie” – słyszymy. A więc nic z tego.
Szybki
telefon do Prezesa i dobijamy do brzegu. Jeszcze wspólna fotka na Turbocie i
zadowoleni schodzimy na ląd. No cóż, może nie wszyscy byli zadowoleni, ale ja
na pewno tak i to bardzo. Nie ma co dużo mówić – nurzyk i alka wyśpiewały dla
mnie sukces. Pawłowi nie udało się znaleźć swojego wymarzonego „raryta”, a w
dodatku był głodny. My może mniej, ale do „Iki” we Władysławowie zawsze chętnie
pójdziemy. Ciepły żurek i przepyszny tort bezowy – to był mój zestaw
obowiązkowy. Po drodze trzeba było się jeszcze zaopatrzyć w wikt i opierunek, a
że nie jesteśmy ornitologami z pierwszej łapanki, skończyło się na orzechówce i
kukułce J.
Tego wieczoru nawiązały się nowe przyjaźnie, padło wiele mocnych i ciepłych
słów. Obserwatorzy z różnych stron Śląska (Dolnośląskiego i tego Opolskiego) stali
się prawdziwie zgraną ekipą, piękny dzień, piękny wieczór.
"Selfie" na Turbocie. Winter is coming!
Płyniemy. Fot. M. Kowalski.
Ja, Maciek Kowalski i Adaś Kuźnia. Fot. T. Tańczuk.
A tu już nawet Tomek się załapał.
Obserwujemy plamy na Słońcu. Zdjęcie z dedykacją dla Adasia :-)
Meduza!
Morze mgły...
Nie poddajemy się! Nie ma t8u białej flagi.
Przebłysk?
Alki!!!
Nie mogę się napatrzeć!
Klara...
Zadowolona :-)
Edek z krainy kredek.
Stały ląd...
"Kormik" w Gdańsku.
Westerplatte...
Z szalupą - dla Gabrysia :-)
Maersk - robi wrażenie.
Grupówka na Turbocie. Fot. Szymon Bzoma.
Przybijamy do portów
Pożegnać morze nadszedł czas,
Już ucichł śpiew Syreni,
Do portu dobijamy wraz,
Byle do przyszłej jesieni!
Dzisiaj
wyjeżdżamy, ale przed nami jeszcze przynajmniej kilka godzin obserwacji.
Zostały nam jeszcze porty, z nadzieją na „petrosusa” i moją upragnioną od wielu
sezonów „brantę”. Najpierw jednak odwiedzamy lotnisko w Jastarni, jeszcze
ciepłe od wiadomości na temat świergotka szponiastego i „inornatusa”. Chociaż
już jakiś czas nie dochodziły do nas słuchy, że ptaki są nadal obecne, miałam
nadzieję, że jeszcze gdzieś się tam dla mnie schowały. Niestety. Tomek z
Maćkiem „męczą” rzepołuchy (aparatami – ma się rozumieć – fotograficznymi), a
na plaży mamy późne kwokacze i „bewiki”. Jedziemy dalej i wreszcie w porcie na
Helu zatrzymujemy się na dłużej. Z uporem maniaka szukam świergotka
nadmorskiego. To miejsce przyniosło mi mój 300 gatunek w Polsce – edredona i to
nie tak dawno, w styczniu tego roku. Każdy ruch na kamieniach w porcie
przyprawia mnie o palpitacje serca: bogatka… Nagle… nie, to rudzik, ale pięknie
pozował. Dzielimy się na grupy, patrzymy na mewy i wtedy Tomek zauważa
śniegułę. Pięknie wyglądała wśród skał i rozbryzgującej się wody, ale to nie
wszystko. „Petrosus”! Tak! Muszę tylko wejść, gdzie nie powinnam wchodzić, by
zobaczyć to, czego tak bardzo pragnęłam. Świetnie – plan wyprawy zrealizowany
prawie w 100%.
Dzień chylił się ku zachodowi,
jeszcze tylko ostatni obiad i do domu. Trochę na niego sobie poczekaliśmy.
1,5h? Jakoś tak. Za bardzo nie było na co czekać, jak się później okazało.
Porcje jak na lekarstwo, może nawet i smaczne, ale bez efektu wow. Wróciliśmy
na kwaterę w Jastarni, żeby Paweł mógł się jeszcze przespać. Odświeżyliśmy się
i czekaliśmy na rozwój sytuacji, ale Prezes nie mógł spać, więc wyjechaliśmy
nawet szybciej niż się spodziewaliśmy. Po drodze znów trochę pogadaliśmy,
trochę pośpiewaliśmy. Tomek na chwilę zmienił Pawła za kółkiem, żeby ten się
mógł zdrzemnąć. We Wrocławiu pożegnaliśmy się z Adasiem i przesiedliśmy się do
naszej fury. Resztę już można przewidzieć – Maciek wysiada na 1-go Maja w
Opolu, a my kładziemy się obok naszych dzieci w Lędzinach. The End.
Hel.
Seawatching - Day 3.
W poszukiwaniu "petrosusa" - rudzik, póki co...
Akcent tolkienowski musi być!
Jest! "Petrosus"!
A na koniec kilka zdjęć idealnych, autorstwa mojego kochanego męża...
Kwokacze w Jastarni.
"Petrosus" w pełnej krasie.
"Petrosus" - druga odsłona.
Śnieguła - miła niespodzianka.
I jeszcze jedno, bo taka milutka...
Tęposterny - wisienka na torcie ostatniego dnia.
sobota, 15 listopada 2014
Najszybszy „twitch” życia, czyli „ptaszing” z Synkiem (6.11.2014)
Pisałam o tym wielokrotnie, ale powtórzę to jeszcze przynajmniej
jeden raz. Najlepiej jest dzielić się swoją pasją z najbliższymi. Wtedy ogarnia
mnie bezgraniczna radość. W późny, chłodny poranek, wyruszyliśmy w pięknym
składzie: ja, Tomek, Zawa i Michał, (nie żebym dwa razy wspominała o Michale
Zawadzkim), nasz młodszy Synek. Gabryś był w tym czasie w przedszkolu, a ja
oszczędzałam jeszcze, zwichniętą niedawno nogę. Nie mogłam się jednak oprzeć
temu, że sterniczka, której jeszcze w Polsce nie widziałam, nadal pływa po
Dzierżnie jak gdyby nigdy nic. Chłopcy oczywiście już sterniczkę widzieli, dla
mnie był to pierwszy raz, a dotarliśmy na miejsce wyjątkowo szybko. Z pewnością
byliśmy na tym zbiorniku już kiedyś, nie mogliśmy sobie jednak przypomnieć, w
jakich to było okolicznościach przyrody. Ze zdziwieniem komentowaliśmy, że tak
niewiele kilometrów i dobra droga w postaci autostrady, dzieli nas od tak
ciekawego ornitologicznie miejsca.
Ptak
nie kazał sobie długo na siebie czekać. Zauważyłam go jeszcze z drogi
prowadzącej do zbiornika przez lornetkę. Tomek z Zawą rozstawili lunety i
spojrzałam na nią jeszcze przez chwilę i to właściwie koniec opowieści. Nie dlatego,
że mi się znudziła, czy, jak niektórzy, przyjechałam tylko przyłożyć oko do
lunety, po prostu w tej euforii dały o sobie przypomnieć inne priorytety:
Michałek chciał się najzwyczajniej w świecie pobawić z mamą.
Najpierw
poszliśmy zobaczyć łabędzie z bliska, a także porównać ich ślady z naszymi. Nie
obyło się też bez wrzucania kamyczków i patyków do wody, pisania po piasku i
innych „okołowodnych” zabaw, które zawsze z Synkami uskuteczniamy na naszych
ptasich wyprawach. Michał bawił się świetnie, zwłaszcza, kiedy znalazł plastikowe
grabki i mógł rozgrzebywać piasek. Chętnie wchodził też do piaskowych dołków, a
ja nie mogłam się oprzeć i wciąż robiłam mu zdjęcia. Oczywiście nie obyło się
bez „selfie” z mamusią. Oprócz sterniczki, na zbiorniki widzieliśmy też szlachary
i zauszniki – krótką dokumentację, mój debiut w sztuce "digiscopingu", załączam poniżej.
A to są łabędzie - Michał już o tym dawno wie. Fot. Agnieszka Tańczuk.
Mamusiu, a czemu one odpływają? Fot. Agnieszka Tańczuk.
Wielkie stopy. Fot. Agnieszka Tańczuk.
Gwiazda dzisiejszego dnia - sterniczka we własnej osobie. Fot. Tomasz Tańczuk.
Tu byłam. Fot. Agnieszka Tańczuk.
Smile! "Selfie" z Mamusią. Fot. Agnieszka Tańczuk.
Ale dziura! Fot. Agnieszka Tańczuk.
Obserwujemy ptaszki z Tatusiem. Fot. Agnieszka Tańczuk.
Gdzie by się tu schować? Fot. Agnieszka Tańczuk.
Mój Słodziak. Fot. Agnieszka Tańczuk.
Szlachary na pierwszym i gęgawy na drugim planie. Zauszniki - próba 1. Fot. Agnieszka Tańczuk.
Zauszniki - próba 1. Fot. Agnieszka Tańczuk.
Zauszniki - próba 2. Fot. Agnieszka Tańczuk.
Chłopaki w terenie: Tomek, Michał "na barana" i Zawa. Fot. Agnieszka Tańczuk.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






















